Rodzinne Bieszczady

Wróciłem. Byliśmy przez cztery dni w Bieszczadach. To był bardzo rodzinny wypad, ale wędki też nam towarzyły.  


Łowiłem na górnym Sanie przez 3 godziny. Wybrałem się nad rzekę o piątej rano. Miejscówkę "sprezentował" mi jeden z forumowych kolegów jerkbait.pl. Woda była bardzo niska, ale spodziewałem się tego. Wszelkie brania zaczęły się dopiero jak uklęknąłem. Łowiłem tylko w jednym miejscu, bo szkoda było mi czasu na bieganie. Trochę padało, zacząłem od spinningu i tu niespodzianka, oprócz niedużych kleni, woblery zaczęły ganiać szczupaczki, takie 40-50 cm. Było tego sporo, wyciągnąłem dwie ryby, jeden większy obciął mi żyłkę. Miałem sporo brań, pukania w wobki, "wąchanie" przynęt, ale żaden większy kleks się nie zameldował na zestawie. 



Widziałem że w miejscówce są KLENIE. Przestało padać i ok 7 poszedłem po muchówkę. Strasznie trzeba było się czaić, ale się opłaciło. Łowiąc na suchą muchę miałem, w sumie, 4 kontakty z bardzo ładnymi rybami. Jeden się spiął, inny, zrobił taką falę za muszką, że wyglądało to jakby bóbr zamieszał wodę. Finalnie złowiłem klenia ok 45 cm na chruścika i jednego z MIŚKÓW zamieszkujących dołek. Ryba miała ok 50 cm, ale była niesamowicie gruba (0,5 - 0,75 kg cięższa od tej ze zdjęcia). Ciężko było ją chwycić jedną reką od góry. Przy próbie zrobienia fotki odbił się z podbieraka i tyle go widziałem, ale to nie istotne. Żałowałem, ze tak późno przezbroiłem się z muchówką, bo o 8 musiałem wracać. 



Pozostały czas poświęciłem na zwiedzanie i zabawę z rodziną. łowiliśmy wspólnie drobne okonie w pobliżu pomostów. Brały ochoczo na różne gumowe przynety obciążone lekkimi główkami. Łowiła mama, łowił tata i najmłodszy członek rodziny...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I znowu przyjdzie maj - woblery Ławica

Wzdręgi, krasnopiórki, pięknotki...

Rybki z małej rzeczki