Spinningista w muchowym raju


San był dla mnie zawsze magiczny. Legendarne ryby, piękne krajobrazy i wspomnienia z młodzieńczego wędkowania pełnego fantazji, to wszystko kojarzy mi się z tą fantastyczną rzeką, nad którą nigdy nie brakuje emocji. Pojechaliśmy grupą 5-osobową - świetni wędkarze: Kowal, Andrzej, Piotrek i Krzysiek. Było magicznie. Dawno już nie łowiłem na muchę, ale okazało się, ze do końca nie zapomniałem, na czym polega ta zabawa i codziennie łowiłem ładne rybki.


Miałem plan, żeby dopracować metodę łowienia długą nimfą. Udało się dobrać do skóry kilku pstrągom i lipieniom. Z każdym dniem było lepiej i czucie przynęt i ich prowadzenia pod koniec wyjazdu było już całkiem fajne. Moje mini brązki i quille, wilelkości 16-18, na małych wolframowych główkach, przypadły szczególnie do gustu mieszkańcom Sanu.


Nimfy nimfami, ale kiedy tylko ryby zaczynały zbierać coś z powierzchni zaczynałem łowić „sucharkiem”. Sprawdzały się standardowo Goddardy i niewielkie jętki, w rozmiarach podobnych jak wyżej wspomniane złotogłówki. Zawsze, kiedy jestem nad Sanem zauważam, że nigdzie indziej detale nie mają tak kluczowego znaczenia jak tam. Muchy, przypon, przynęty, sposób ich zaprezentowania jest istotny niezależnie od wielkości poławianych ryb. Nawet małe lipienie nie zainteresują się muchą, jeśli coś „nie gra”.

Koledzy nastawiali się również na głowacice i choć nie udało się żadnej wyholować, to kontaktów i skoków adrenaliny było sporo. W tym temacie największym pechowcem był chyba Piotrek, który jednego dnia stracił 3 „miedziane potwory”. Królem polowania został Kowal. Na duże głowacicowe streamery złowił dwa ogromne pstrągi. Mina łowcy mówi sama za siebie…

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rybki z małej rzeczki

Muchowe bolenie

Jesień też na gumowo...