Niedzielna Wisła


Niedziela, budzik miał  zadzwonić o 3.45, ale i tak obudziłem się na chwilę przed alarmem. Sprzęt czakał już spakowany w przedpokoju, Zjadłem jakieś szybkie, nazwijmy to,  śniadanie i pojechałem nad Wisłę z nadzieją, że miejscówka nie będzie zajęta i że poziom wody nie będzie tak dramatycznie niski jak ostatnimi czasy. Nie było nikogo, ale wody też niestety w rzece trochę brakowało. Zmontowałem zestaw boleniowy. Ataków powierzcnioych było bardzo niewiele, w sumie miałem dwa brania, z czego jedną rapkę udało się złowić na tomkowego raptorka. Boleń miał ok 50-55 cm.
Biczowanie wody boleniowymi wokami znudziło mnie za jakiś czas więc postanowiłem przenieść się na opaskę w poszukiwaniu jazi. Znalazłem małe stako rybek, ale te kompletnie mnie ignorowały. Wybierały spomiędzy kamyków pożywienie, co jakiś czas wystawiały płetwy ogonowe ponad powierzchnię lub tylko leniwie kręciły się ok pół metra od brzegu. Dwa niezacięte, szybkie "strzały" w najmniejszego (ok 1cm) woblerka pomalowanego na kiełżyka to było wszystko do czego udało mi się je zmusić.
Na opasce pojawił się również znajomy wędkarz, z którym trochę porozmawiałem i wspólnie ponarzekaliśmy na chimeryczne jazie. Złowił wcześnij ładnego klenia, a to zachęciło mnie do obłowienia kleniowej "bankówki" poniżej opaski. Słońce miałem za plecami, woda była niemiłosiernie niska i trzeba było się "modlić". Na klencząco zacząłem penetrować łowisko moimi ulubionymi "mikruskami", a  klenie zaczęły się pojawiać w zasięgu rzutu. Napływały majestatycznie, powoli tnąc powierzchnię wody w taki sposób, że przez chwile zastanowiłem sie czy to nie są bolenie.
 Miękkie ugięcie wklejanej szczytówki, pulsujący ciężar na końcu zestawu i dobrze widoczne w słońcu pomarańczowe płetwy szybko rozwiały moje wątpliwości.
Pierwszy klenik miał ok 36 cm, następne brania byly kwestią czasu i w ten sposób powetowałem sobie moje jaziowe niepowodzenia.
Nie wszystkie ryby udało sie zaciąć i wyholować. Na zielonego miniwobka skusiły się jeszcze dwie ładne rybki, bardzo waleczny "czterdziestak" i wygrzbiecony, grubasek długości 43 cm, Po krótkich sesjach fotograficznych ryby wróciły do wody, choć w zasadzie, tak całkowicie, wody nie opuszczały nawet na chwilę, wszystkie w świetnej kondycji...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I znowu przyjdzie maj - woblery Ławica

Wzdręgi, krasnopiórki, pięknotki...

Rybki z małej rzeczki